IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 01:41

Ulica, chodniki, przejście dla pieszych. Skrzyżowanie i światła. Latarnie i śmietniki, witryny sklepowe i kamienice.
Ulica. Po prostu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 13:24

Zimno wszędzie, ciemno wszędzie. I co z tego, że nastał dopiero środek popołudnia? Zima rządziła się swoimi prawami, a słońce na tyle kopało wszystkich w brzuch, że już teraz chyliło się ku zachodowi. Narzekaniom nie było końca. Chyba niezależnie od narodowości, ludzie bardzo często narzekali na zimę. Bo lato lepsze, bo lato fajne, bo przecież tyle słońca w całym mieście, nie widziałeś-...
Pieprzenie.
Jasnowłosa westchnęła głośno, skupiając na sobie na moment uwagę kilku przechadzających się w pobliżu staruszek. Paradoksalny brak standardowego o tej porze roku szaliczka, czapki i rękawiczek, a także lekka kurtka, raczej nadająca się na środek wiosny, czyniły z niej swego rodzaju dziwadło. Zależy dla kogo. Ponoć osoby wychowane w "ciepłych krajach" nie znosiły takiego stanu rzeczy. I gówno prawda, jej nawet teraz było ciepło. Pomimo naprawdę lekkiego ubioru, nie okazywała nawet najmniejszych oznak negatywnego odczucia tego stanu rzeczy. Nawet nie drgnęła. Za to z wielką determinacją i prędkim krokiem zmierzała w kierunku swojego miejsca zamieszkania, dzierżąc w dłoniach kilka papierowych toreb. Zakupy to, jedzenie tamto, herbata dwiema trzecimi całego tego dobytku. Po prostu oddawała się przyjemnościom płynącym z możliwości spaceru na własnych nogach, zamiast łapać za samochód czy motocykl. No bo po co to komu? Prószący śnieg był dostateczną motywacją do wyjścia z domu. W dodatku miała blisko. Wszystko przemawiało za tą opcją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 17:21

Roztarł zgrabiałe z zimna dłonie, gdy wsiadł do auta. Skrzywił się i otrzepał jeszcze mdły, biały puch, który osiedlił się na jego włosach i powoli rozpuszczał, gdy Sante znalazł się w cieple. Nie przepadał za zimą.
Dlatego bez cienia zawahania przełączył "Zimę" Vivaldiego na "Jesień" i zatrzymał pusty wzrok na swoim odbiciu w przyciemnianej szybie limuzyny. Nie zwracał uwagi na otoczenie, na ponure kamienice czy ludzi, którzy sunęli bezimienną, szarą masą, każdy do swoich spraw i problemów, nie patrzący na nikogo. Byli podobni do Benjamina - zamknięci w klatce intymnie samotnej prywatności - lecz mieli kilka wad. Przede wszystkim nie wracali do apartamentu w centrum prywatną limuzyną, nie nosili na nadgarstkach szwajcarskich zegarków, a ich sflaczałych ciał nie zdobiły jedwabne garnitury, których cena przekraczała wartość niejednego samochodu na tej ulicy.
Oparł głowę o szybę, wsłuchując się w słodki akompaniament skrzypiec. Lubił Vivaldiego. Ale nie sądził, aby "Zima" była w tej chwili odpowiednia.
I wtedy przed jego oczami mknęło natchnienie. Muzyka beztrosko płynąca z głośników przyśpieszyła, dopasowując się do gwałtowniejszego uderzenia serca. Sante poderwał się i momentalnie odwrócił za siebie. Nacisnął guzik nad swoją głową.
- Zatrzymaj się, wrócę taksówką. - W duchu podziękował Bogu, że jego głos pozostał obojętny na chaos wewnątrz.
Krótka komenda. Równie błyskawicznie wykonany rozkaz. Czarna limuzyna zjechała na pobocze i odpaliła awaryjne światła, a Benjamin wyskoczył z samochodu niczym wystrzelony z artylerii pocisk. Zapomniał o Vivaldim w mgnieniu oka. Zapomniał o zmęczeniu, parszywym humorze, który towarzyszył mu od samego rana. Zapomniał o bożym świecie. Nie. Ten ostatni po prostu stracił na znaczeniu.
Zatrzasnął drzwi i zgrabnym susem wskoczył na chodnik. Zapiął płaszcz, gdy szedł JEJ śladem. Wściekły, przypieczony słońcem piasek szarpał się leniwie, uwięziony w jej włosach. Cudowna. Przyśpieszył kroku, by się z nią zrównać, by ją dogonić.
- Dzień dobry, słońce - rzucił tonem lekkim, przepełnionym nonszalancką beztroską.
Co za kłamstwo. Absurd. Idiotyzm. Gra w czystej postaci. Kreował bezczelny wizerunek przed NIĄ, byleby tylko schować się pośród swoich łgarstw i nie dopuszczać do siebie świadomości, jaki jest w tym wszystkim żałosny.
- Pozwól, że ci pomogę - wyciągnął do niej dłoń z oczywistą chęcią zwykłej międzyludzkiej pomocy w niesieniu zakupów. Oczywiście. - I uprzedzę twoje odmowy. I tak zamierzam ci towarzyszyć, aby upewnić się, że bezpiecznie dotrzesz do domu, więc równie dobrze możesz to wykorzystać - wyartykułował gładko i z pewnością siebie, której mogliby mu zazdrościć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 19:49

Wygwizdywała sobie tylko znaną melodię, mijając kolejne i kolejne witryny sklepowe. Gdzieś po drodze złapała nawet ulicznego grajka, któremu dorzuciła do ogromnego pokrowca na gitarę jakieś drobne. Ba! Stanęła na chwilę, by posłuchać, w pewnych momentach nawet podśpiewując do jego akompaniamentu. Czasem po prostu nie dało się tego powstrzymać, hm? Zaś gdy ruszyła dalej, jego wykonanie Strawberry Fields Forever wciąż krążyło po blond czerepie kobieciny. Utkwiło w niej na słynne "stałe", czyli jakieś dziesięć minut, by wracać przewlekle pomiędzy innymi wspomnieniami i wspominkami. Nie można było mu jednak odmówić talentu i kreatywności, przez co jej humor wydawał się o wiele lepszy, niż był jeszcze chwilę wcześniej. A że już i tak trzymał się całkiem nieźle - nic tylko jej pozazdrościć.
Do czasu, oczywiście.
Ten głos znała aż za dobrze. Maniera mówienia śniła jej się po nocach jako najgorszy koszmar. To kurewskie "słońce" wwiercało się w uszy i wędrowało przez plecy, puszczając przez nie ciarki. A ta twarz-... na tą twarz zwyczajnie nie umiała patrzeć. Och, no dobrze. Może to lekko hiperbolizowana wersja. Czasem dało się go znieść. Ale zwykle po prostu ją męczył.
- Był bardzo dobry, dopóki się nie zjawiłeś - westchnęła, nawet nie racząc go choćby najkrótszym w swoim życiu spojrzeniem. Najlepiej byłoby po prostu zignorować Benjamina i iść dalej w swoją stronę, bez jakiegokolwiek poczucia winy. Najlepiej, ale niestety nie najłatwiej. Jego kolejne słowa wywołały u Sheridan krzywy uśmiech, przypominający bitwę wyrazu politowania i złości. I co ona miała mu powiedzieć? - Nie musisz. I nie będę traktować Cię, jak muła, bo "akurat tu jesteś" - odparła, wreszcie zerkając na ciemnowłosego kątem oka. Gdyby jeszcze tylko Cię tu nie było-... - rzuciła w myślach, jakby nawet nie miała już siły wymawiać tych słów na głos. Właściwie, powtarzała to już w życiu tyle razy, że nawet nie mijało się to zbytnio z faktycznym stanem rzeczy. Może jakimś cudem został telepatą i sam wychwyci ten komunikat? Albo chociaż jej spojrzenie mu to dość dobitnie przekaże. - Poza tym - bez obrazy, Sante, ale obroną zajmuj się na sali sądowej. Na ulicy to pewnie ja musiałabym ochraniać Twoją słodką buźkę.
Przyspieszyła nieco kroku, licząc cicho w myślach, że tym razem się znudzi. Niedoczekanie. Niby wyznawanie Boga było dalekie od jej natury, ale mógłby się nad nią w końcu ulitować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 20:14

Nie odwróciła się nawet. Nie zaszczyciła go choćby krótkim, leniwym spojrzeniem tych swoich bladych, lwich oczu. Z pełnym opanowaniem i absolutnie przyzwyczajony do podobnego traktowania zignorował ten drobny mankament. Przecież wiedział, że tak będzie, jeszcze zanim wyskoczył z tego auta. Ba. Boleśnie zdawał sobie z tego sprawę od kilku ostatnich lat, lecz to wcale nie przeszkadzało mu, by z uporem osła zajmować jej czas pozornie bezowocnymi rozmowami, które z reguły jedynie ją drażniły.
Początkowo taki obrót spraw przyprawiał go o coś, co z powodzeniem można było nazwać udręką psychiczną, lecz z czasem wyrobił sobie pewną dozę odporności na podobne słowa. Nic wielkiego. Kwestia gorzkiego przyzwyczajenia.
- Wiem. Teraz jest wspaniały, to jasne - wtrącił przekornie, nadal idąc tuż obok.
Może i nie łudził się, że powita go z szeroko otwartymi ramionami i uśmiechem na ustach, lecz czy to naprawdę było wiele, gdyby wysiliła się choćby na względnie bezpieczne "dzień dobry, Sante"? Czy już nawet słowa zwyczajnie bezpieczne i uprzejme wprawiały ją w niesmak w jego samej obecności?
Nieważne.
Wzruszył ramionami, przyglądając jej się kompletnie otwarcie, nadal z tym lekkim, drażniącym zapewne, uśmieszkiem na twarzy. Pozornie rozbawionym, pozornie ironicznym, pozornie bardzo szczerym, jakby bawiła go ta sytuacja.
- Chcę. To znacząca różnica - sprostował gładko i pominął już kwestię muła. Nadal wyciągał dłoń. - Nalegam.
Nie zareagował, gdy posłała mu to chłodne, ukradkowe spojrzenie. Znikaj, Sante. Komunikat w nim zawarty był jasny i nazbyt często wysyłany, aby go przeoczyć. Zwykle starał się je ignorować, choć lokowały się w najdrażliwszym miejscu niczym kamyczek w bucie i uwierały potężnie. Gdyby coś podobnego padło z ust kogokolwiek innego - naprawdę niewiele by go to obeszło. Przy Sheridan pozbywał się nieprzeniknionego płaszcza obojętności i pogardy dla świata, jej każde słowo było warte więcej, niż sam chciałby przyznać. I z reguły trafiały o stokroć zbyt głęboko, niżby sobie tego sam życzył. Czuł się odsłonięty, nagi psychicznie.
Lecz.
Niezrozumiale nadal podskórnie żywił ledwo żarzącą się nadzieję, że pewnego dnia zmieni zdanie - nie potrafiło do od tego odciągnąć absolutnie nic, nawet jeśli sam siebie obdarł ze złudnych, żałosnych marzeń o ich potencjalnej przyszłości. Budowanie domku z kart na wietrze przysparzało mu dodatkowej udręki, wolał jej sobie oszczędzić w miarę swych skromnych możliwości. W ten sposób było z lekka łatwiej, nie miał żadnych oczekiwać, choćby najmniejszych. Nie pragnął słyszeć miło cię widzieć, witaj, do zobaczenia, proszę czy dziękuję, akceptował rzeczywistość, nawet jeśli go nie satysfakcjonowała.
Bo w jaki sposób niby miałaby to zrobić?
- Nie doceniasz mnie - westchnął ciężko, boleśnie, starając się, by brzmiało to jak najmniej prawdziwie. - Lecz dziękuję, tak sądzę, choć nawet twoje komplementy są jak noże wbite prosto w lewy przedsionek - dodał nadal tym samym zbolałym tonem. - To boli, Sher, kochanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 21:12

Wzdrygnęła się. Alistair naprawdę potrafił ciągnąć za żyłki w taki sposób, żeby zirytować ją do granic możliwości. Niby nie robił nic wielkiego, toteż miała chwilę względnego spokoju, ale przecież doskonale wiedziała, że to tylko cisza przed burzą. Zaczynało się od takich głupich odzywek, a kończyło na przyklejaniu się do okna i wymachiwaniu najdroższym szampanem z Żabki. Przynajmniej nie był włamywaczem. Tylko dlaczego ona jeszcze nie wyniosła się z kraju? Wyjechałaby do Ameryki albo gdzieś do Australii, byle tylko nie oglądać tej jego mordy, i byłoby świetnie. No cóż. Czasem miało się swoje powody.
Mimo to, problem zwany Cynkiem nie chciał zniknąć, choć błagała o to, i to już któryś rok z rzędu. Mogłaby godzinami wymieniać jego wady, nazywać go bucem, beznadziejnym przypadkiem, kazać mu spierdalać, a on po prostu wzruszyłby ramionami i stwierdził "po prostu grasz niedostępną". Nigdy nie chciała zwracać się do nikogo w taki sposób. Ale po dobroci działało jeszcze gorzej, niż kiedy go obrażała. Dlatego nawet z ciężkim bólem serca musiała zachowywać się w ten sposób. A wcale nie byłby taki zły, gdyby stale za nią nie łaził.
- Może kiedyś - rzuciła zdawkowo w odpowiedzi, ledwie powstrzymawszy się od kolejnego westchnienia. Za to pokręciła głową w wyrazie dezaprobaty względem jego bezsensownej walki o jej względy. Mimo wszystko, samo zachowanie młodzieńca nie było niczym złym. Właściwie, mało jaki mężczyzna był teraz zdolny wypowiadać się w taki sposób i być chętnym do pomocy. Zwykle padały słowa pokroju: "chciały równouprawnienia, to niech spierdalają". Pewnie właśnie dlatego jej twarz pokrył - niby blady, ale jednak jakiś - rumieniec, szybko ukryty poprzez odwrócenie głowy w przeciwną szatynowi stronę. Szatynowi, który czasem zachowywał się, jak gimnazjalista. Nie, stop. To był poziom chłopca w przedszkolu, który właśnie dowiedział się, że kiedy dziewczynka ucieka, to należy ją gonić, bo pewnie chce się pobawić i bardzo cię lubi. Dlatego musisz pociągnąć ją za warkocz, a jak już rozpuści włosy - przykleić do nich gumę do żucia.
Chcąc odpowiedzieć na jego insynuację, ostatecznie dała radę tylko ziewnąć przeciągle, z tym swoim charakterystycznym miauknięciem na końcu, przez co sprawiała wrażenie jeszcze bardziej lekceważącej jego osobę. Nie było to celowe, ale właściwie bardzo dobrze wpasowało się w sytuację. Nic nie szkodzi, Paige.
- Wybacz, nie wyglądasz na osobę, która dałaby radę unieść coś więcej, niż papierową teczkę lub platynowy widelec. A może się mylę? - uniosła kącik ust w wyzywającym uśmieszku, wreszcie wieszając mu na dłoni dwie z toreb, które dotychczas niosła, tym samym uwalniając własną rękę, w drugiej trzymając pozostałe zakupy. Co jak co, ale herbaty mu nie da pod opiekę. - Proszę. Masz okazję się wykazać, jak chciałeś.
"Kochanie" było następnym słowem puszczonym mimo uszu. Kolejnym, od którego chciało jej się wymiotować, niezależnie od tego, kto i w czyim kierunku je wymawiał. Beznadziejne, mdłe słodzenie, żeby zmiękczyć babę. Musiała to jednak zignorować - w końcu w takim tempie już na starcie dostałby w twarz.


Ostatnio zmieniony przez Sheridan dnia Pon 15 Lut 2016, 21:51, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 21:41

Czasami przecież znikał. Na miesiąc, dwa, pół roku, to był czas względny, ulegał wiecznym zmianom, na które wpływ miało wiele czynników - jednym z nich było choćby to, jak dosadnie kazała mu wynieść się ze swojego życia. Sam jeden Bóg jedynie wiedział, jak bardzo się starał. Jego życie na powrót stałoby się cudem samym w sobie, gdyby słodka Sher zniknęła z jego myśli. Odseparowywał się od niej, wyjeżdżał, spotykał z innymi kobietami, które, dla odmiany, jednak pragnęły jego zainteresowania, wypełniał czas każdą jedną rzeczą, która tylko mogła mu wpaść do głowy. Zwiedzał, próbował nowych rzeczy i doznań, które wzburzały krew w żyłach. Nie chciał patrzeć na nią w ten sposób, gdy wiedział, że nigdy nie spotka się z tym samym. Cóż, nie z jej strony. Jego starania pochłaniały wielkie pokłady energii i gdy już był pewien, że to definitywny koniec, że nareszcie mu się udało...
Z odmętów myśli wyłaniała się Paige, niczym Afrodyta z morskiej piany.
Wówczas pojawiał się znów, niczym na wpół zapomniany już koszmar. Wściekły, chory i rozgoryczony. Wolałby ją nienawidzić, wówczas ułatwiłby życie im obojgu. Ach, gdyby to tylko było takie proste...
Może kiedyś. Już nie odpowiedział, uznał to za zbyteczne, niczego by nie zmieniło. W magiczny sposób nie odwróciłoby sytuacji ani nie wzbogaciło jej o choć jeden pozytywny aspekt.
Właściwie... nawet gdyby chciał cokolwiek powiedzieć, nie byłby już w stanie. Blady rumieniec ozdobił jej twarz, a Benjamina w środku zmroziło. Na sekundę. Przyglądał się temu zjawisku, jakby dane mu było ujrzeć go pierwszy raz na oczy, źrenice rozszerzyły się ledwo zauważalnie, zdradliwy mięsień pompujący krew zawył i ruszył pędem przed siebie. Wobec tego - Cynamon wcisnął jedną dłoń do kieszeni i wbił wzrok gdzieś w bok z całkiem słyszalnym "tsk".
Walka z wiatrakami - lecz należało przyznać, że jego w pewnym momencie obsesyjne pragnienie jej względów przeszło na nowy poziom, wyższy. Nie starał się. Po prostu był zatwardziałym egoistą i nie potrafił sobie odmówić, gdy nachodził go dziki kaprys, aby zobaczyć ją przez chwilę. Posłuchać głosu, wyłapać ten moment, gdy nieświadomie zaczynała nucić coś pod nosem, na krótki moment złapać w kadrze swojej pamięci słodką gestykulację, jakby w jej dłonie wstępowało własne życie.
Ziewnęła.
Powstrzymał się tylko przed śmiechem i zacisnął wargi, chwilowo odwracając wzrok. Ktoś inny zauważyłby w tym lekceważącą nutę, ale to na pewno nie byłby Sante - przede wszystkim uważał to za jeden z najsłodszych dźwięków, pieprzone, najurokliwsze ziewnięcie na całym, cholernym świecie. I z tym również nie był w stanie niczego zrobić.
- Mylisz. Ostatecznie w ogóle mnie nie znasz - oznajmił z drobną dozą wyższości, zaciskając palce na rączkach toreb.
Zawarł całą prawdę w swoich słowach! Sheridan Kenneth Paige nie chciała wiedzieć, jaki był Sante, zobaczyła jedynie aroganta przekonanego o swojej wspaniałości i tyle jej wystarczyło. Och, fakt, mogły również dochodzić do tego swego czasu naprawdę uciążliwe próby pokazania jej, że jest inaczej i że zasługuje na to, aby ktokolwiek chciał poznać go lepiej.
Nie odezwał się więcej. Milczał. Nucił wewnątrz "Jesień" Vivaldiego, która nadal brzmiała mu w uszach i tym samym pragnął ewidentnie uspokoić nieład, który beztrosko pląsał w mózgu i sercu, który podsuwał mu pomysły niemożliwe do zrealizowania i słowa zbyt absurdalne, by je wymówić. Biedna, słodka Sher. Nawet nie była świadoma, jak szalenie mogła namieszać w innej osobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 22:36

Był utrapieniem, z którym należało walczyć w różnym tempie i z różnym natężeniem siłowym. Raz agresywnie, raz poprzez wycofanie, a czasem po prostu ciszą czy lakonicznymi ripostami. Tak jak teraz - przecież zadziałało idealnie. Sam prosił się o te ciosy, w ogóle się do niej przystawiając. Jeszcze tylko brakowało, żeby zaczął śpiewać pieśń godową. Jasne, schlebiało jej to - jaka kobieta nie chciałaby być adorowana? - ale na dłuższą metę popychało ją w stronę planów podłożenia się pod pociąg, byle tylko nie musieć go słyszeć. Choć, znając życie, polazłby za nią nawet do zaświatów. Ale najpierw obraziłby się, znajdując list mówiący o przyczynie całego tego przedsięwzięcia i odpuściłby na kolejne tygodnie.
Piękne tygodnie ulgi, jakie dawał jej od czasu do czasu w prezencie.
Dlaczego wracał? Nie rozumiała. W jej umyśle malowały się myśli, które przymuszały ją do zastanowienia, czy choć sam Brytyjczyk miał tego świadomość. Po co? Jak? Dlaczego? Przez co go tak do niej ciągnęło? Nie była nikim szczególnym. Średnio znany muzyk, próbująca się wybić artystka, która pomimo sporego dorobku woli żyć jak najskromniej. Chyba, że lubił pozorną biedotę.
Gdy tylko przejął jej dotychczasowy "balast", zabrała od niego rękę, niczym oparzona. Jego stwierdzenie zaś wprawiło ją w chwilowe zastanowienie. Nie miała zamiaru przyznawać mu racji, choć bez wątpienia była ona po jego stronie. Ile o nim wiedziała? Tyle, ile każdy przeciętny człowiek, który o nim słyszał. Sam nie dawał się poznać, pokazując się ze strony przyczepionego do niej palanta, jak rzep rzucany dla zaczepki w polarową bluzę kolegi.
- Pewnie dlatego, że nigdy nie będę chciała poznać takiego prześladowcy - syknęła. Zaraz jednak doprowadziła się do stanu względnej używalności w życiu społecznym, przywracając w miarę grzeczny ton. Nawet, jeśli nie zrezygnowała z jego chłodu, ocieplonego przez niemrawy, acz dość uprzejmy uśmiech. - Nie pomyślałeś, że gdybyś przestał się tak narzucać, to moglibyśmy się zakumplować, Benjamin? - Nie, żeby w tym momencie nie wykładała mu na tacy rozwiązania. Nie, żeby nie robiła tego już co najmniej kilka razy. Jej przekazy były zwykle naprawdę jasne. "Bądź dobrym chłopcem, to zaproszę cię na herbatkę". Niestety, zaprzepaszczał swoje szanse już na samym starcie każdej z ich rozmów. A szkoda. Może wtedy spojrzałaby na niego w jakimś lepszym świetle.
- Jak dojdziemy do mojego domu, to oddajesz mi te torby i spływasz, jasne? Albo mój pies powie Ci buenas noches, jak już odgryzie Ci jądra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 23:21

Nie rozumiał, jak można być tak upartym. Nie pojmował sposobu jej rozumowania - dlaczego nie pozwoliła mu się zbliżyć przez ten cały czas? Czemu nie dała mu choćby szansy na zrehabilitowanie nadszarpniętego wizerunku? Może zwyczajnie również przywykła, że zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu, że był. Czasami znikał, lecz i tak namolnie wracał, domagając się uwagi, a wówczas wystarczyło na niego powarczeć i ponownie odchodził. Może to lubiła. Skąd miał wiedzieć? Nie znał jej nadal na tyle dobrze z oczywistego powodu - nie chciała, by ją poznał.
Choć i tak robił to wedle swych możliwości. Zapisywał każdą jedną informację o niej w umyśle wiecznym piórem.
Zignorował drobne ukłucie wewnątrz, gdy cofnęła dłoń niczym oparzona. W porządku. Nic się przecież nie stało.
- Nie chciałaś mnie poznać, nawet gdy nim nie byłem - odparł pogodnym i lekkim tonem, jakby mówił o pogodzie, odzywał się do dobrej znajomej, której mógł w zasadzie powiedzieć wszystko. - Myślałem o tym - oznajmił nagle głosem bezbarwnym. - Ale nie sądzę, by to było możliwe, słońce, wtedy zobaczyłbym, jak cudowną wiedźmą jesteś i niechybnie wymknąłbym się chyłkiem i musiałabyś za mną tęsknić. Nie mogę ci tego zrobić - westchnął tonem zabarwionym kpiącym smutkiem.
Co za bezczelny kłamca.
Nie chciał, aby była jego przyjaciółką. Przypuszczalnie by sobie z tym nie poradził, wolał wobec tego zostawić sprawy biegnące dokładnie takim torem. Tutaj sunął na rowerze i mógł jedynie stracić równowagę i uderzyć o beton - robił to nie raz. Gdyby pozwolił sobie na luksus przyjaźni z nią, niechybnie rzuciłby się prosto na skały.
Był egoistą. Nie chciał, aby łamała mu serce opowieściami o cudownych mężczyznach, których spotkała w życiu. NA PRZYKŁAD O VETTO XD
- Kilka uwag - zaczął tonem niemal profesorskim i wysunął zaciśniętą w pięść dłoń z kieszeni i wyprostował kciuk. - Po pierwsze, nie jestem głupcem, nie liczyłem, że zaprosisz mnie do środka. - Cóż, ale łudzić to się jednak, mimo wszystko, łudził. Rozprostował palec wskazujący. - Po drugie: psy nie mówią. - Palec środkowy, dorzucił do zestawu ociekający kpiną ton. - Po trzecie: nawet ty nie miałabyś dość serca, aby szczuć zakochanego w tobie biedaka psem. - Palec serdeczny. - I zapomniałaś, że jestem prawnikiem, słonko, a groźby są karalne. Życzysz sobie, abym reprezentował cię na sali sądowej, gdy już cię pozwę?
wszystkie te słowa nadal wyrzucał z siebie tonem swobodnym, z lekka rozbawionym. Lubił towarzystwo Sher, nawet jeśli ona sama niekoniecznie przepadała za nim. Nie musiała. Wystarczyło, że czasami pozwalała mu poskakać dookoła siebie, aby mógł się pokornie przed nią płaszczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Pon 15 Lut 2016, 23:57

Skrzywiła się, nie kryjąc nawet zdegustowania, jakie wywołało u niej stwierdzenie piwnookiego. Mogła mu tylko pogratulować spojrzenia na świat i nastawienia do jej osoby. Nawet, jeśli ta wypowiedź brzmiała, jakby sam gubił się w tym, co chciał powiedzieć. Mógł być pełen sprzeczności albo po prostu głupi. Nawet lepiej, że nie miała świadomości trzeciej opcji, jaką było manewrowanie prawdą. Wtedy miałaby go po całości dosyć. Na razie jednak była nawet całkiem skora do żartów. I co z tego, że nie przyjemnych? Przynajmniej poprawiała sobie tym humor! Dowodem na to z kolei był szeroki uśmiech na buźce blondynki.
- Jasne, uschnęłabym z tęsknoty, gdybyś tak po prostu zniknął - brzydko tak przesycać swoje wypowiedzi sarkazmem w najczystszej postaci, nie sądzisz, Paige? Chyba jej to nie obchodziło, bo nawet nie miała zamiaru niczego dopowiadać.
I kto tu był uparty?
Tak szczerze, nienawidziła go spławiać. Zero przyjemności, w dodatku dla obydwojga. Jego bolał przymus odejścia, ją zachowywanie się, jak suka. Jak wiele razy musiała jeszcze powtarzać: "stop", by nauczył się, że na to, czego chciał, nie miał po co liczyć? Gdyby dał się faktycznie poznać, zrozumieć, jednocześnie pojmując to, co sama Sheridan miała mu do przekazania - cholera wie, może w końcu wyszłoby na jego. Spełniłyby się jego oczekiwania. Miałby szansę. W tym momencie zachowywał się, jak porywacz, który nie do końca wie, jak zabrać się do roboty, ale naprawdę chciałby swojego wymarzonego okupu, w zamian za obiecaną wolność. Szkoda, że obietnicy by nie dotrzymał.
Nawet bez porwania jej nie dotrzymywał.
"Szczek, szczek, woof, bark" i tym podobne. Dokładnie tak brzmiały te jego "uwagi", którymi chciał się z nią podzielić. Rozszyfrowała je dopiero po usłyszeniu tej ostatniej. No cóż, psy w końcu nie mówiły, więc dlaczego on miałby móc przemawiać ludzkim głosem? Kupy się to nie trzymało. Jeszcze mniej było w stanie trzymać się zdanie, które wypowiedziała po chwili:
- Właściwie, zaprosiłabym Cię-...
Tłum skanduje, kibice szaleją, fani wrzeszczą, a Sher za to była już po całości gotowa naprostować całą tę wypowiedź. Dała mu tylko chwilę, w której trwała w całkowitej ciszy, by choć trochę nałykał się nawet najmniejszego zdziwienia.
- Gdybyś postępował zgodnie z moimi poprzednimi instrukcjami. Poza tym, chcesz mnie pozwać, a potem zabawić się w mojego pełnomocnika? Przecież to w ogóle nie ma logiki - wywróciła młynka oczyma, nim poklepała go po ramieniu w sposób, którego raczej nikt nie chciałby wyłapać. Politowanie aż wylewało się z jej dłoni w momencie, w którym zetknęła się z płaszczem Alistaira. Spojrzenie zaś próbowało zabronić mu wyplucia jakiegokolwiek komentarza. Zupełnie, jakby wewnętrznie wołała: "błagam, nie pogrążaj się w moich oczach".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 00:15

- Wiem o tym.
Sarkazm przeleciał mu koło uszu i zostawił jedynie samą informację, na którą odpowiedział tonem nafaszerowanym równie wyrafinowaną ironią. O stokroć wolał, aby miała go za kłamcę, niźli poznała rzeczywiste pobudki, które nim kierowały i postępował w sposób tak pozornie abstrakcyjny.
Nie chciał, by się nad nim litowała - a nie wątpił nawet przez chwilę, że próbowałaby sprawę rozwiązać w sposób, który by go nie zranił. Cóż, przynajmniej by próbowała. Każde jej działanie, każde słowo, wszystko zostałoby zabarwione patetycznym odcieniem chłodnego współczucia, czego Benjamin nie mógłby znieść. Nienawidził litości. Nie w stosunku do samego siebie.
Przecież cały świat powinien mu zazdrościć, a nie pochylać się i z ubolewaniem kręcić głową nad jego marnym głosem. Był bogaty, przystojny, inteligenty i wykształcony. Czego więcej mógłby chcieć?
... pomijając Sheridan?
Trzymanie dystansu mu odpowiadało, skoro nie zamierzała patrzeć na ich relację w sposób mu podobny. Wszystko albo nic, skarbie, tutaj mógł jedynie wygrać całą pulę lub pozostać z pustymi rękami. Miał również prawo do łudzenia się, że los ześle mu dobre karty, lecz po tym przyszłoby rozczarowanie, następnie żałosna gorycz. To była naturalna reakcja, że skoro nie mógł jej mieć, to powinien się odsunąć całkiem - kłopot tkwił w tym, że nie do końca potrafił.
Zaprosiłaby?
Sante uniósł brwi i przekrzywił głowę, tym samym obdarzając ją spojrzeniem z lekka zdumionym.
- Doprawdy? - parsknął pod nosem, nawet nie kryjąc zaskoczenia.
W zasadzie... wiedział, że doda zaraz coś, co przekreśli pierwszą część jej wypowiedzi, niemniej to nie przeszkodziło, aby jego myśli zaczęły błądzić i mozolnie podsycać żar nadziei.
Nie mylił się. Przyszły pożar został zgaszony wiadrem lodowatej wody.
- Ty nie chcesz grać według moich reguł, ja nie chcę według twoich - stwierdził prosto. To było chyba uczciwe, prawda? - Na wojnie i w miłości nie ma logiki - rzucił tonem przepełnionym poetyckim uniesieniem, niczym Kordian na górze Mont Blanc. Zaraz jednak porzucił tę maskę romantycznego poety uwięzionego w okowach rzeczywistości. - Ale. Logika jest względna. Gdy spojrzysz na dziecko bawiące się patykiem i zapytasz, co robi, będzie zdumione, że nie rozumiesz. Z jego punktu widzenia to ty będziesz nielogiczna, skoro nie widzisz w patyku karabinu maszynowego.
Wzruszył ramionami, ponownie chowając dłoń do kieszeni czarnego płaszcza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 01:01

Cholerny przerośnięty gówniarz.
Gdyby nie resztki manier, jakie zostały jej w tym momencie, splunęłaby mu wprost pod buty. Albo i na nie. Może wreszcie zaczęłyby być warte coś więcej, niż marnych kilkanaście tysięcy euro. Miałyby historię, którą mógłby opowiadać wnukom, pomimo tego, że pewnie nawet by ich nie miał - bo skąd? Do tego potrzebne jest dziecko, a z nikim nie miał szans go mieć. Z takim charakterem? Błagam. Ten egoistyczny kmiot pewnie zapomniałby, że cokolwiek spłodził, bo akurat nie przynieśli mu jego ulubionego sufleciku.
Spojrzała po nim, jak po rasowym idiocie - czyli jak zwykle - tym razem jednak dając sobie naprawdę długi moment na rozważenie tego, co miał do powiedzenia. Zmarszczyła brwi. Wykrzywiła usta w grymasie zniesmaczenia. Powstrzymała ponowne ziewnięcie w samej jego połowie, byle tylko wyglądać groźniej, niż mogłoby się wydawać. Wystarczyło jeszcze tylko zazgrzytać zębami. Zacisnąć szczęki w tak eleganckim gniewie, że aż nikt nie ośmieliłby się go zakłócać. Spojrzenie, jakie mu posyłała, było wręcz mordercze. Gdyby przyszło jej być bazyliszkiem, to śmierć zadana przez jego oczy poprzedzona byłaby nieziemskimi katuszami.
I prawidłowo. Za taką odzywkę mógłby dostać tylko między nogi. I tak się nad nim litowała.
- A jakie są Twoje reguły? "Bądź moją"? "Daj się wykorzystać i porzucić"? Spójrz prawdzie w oczy, Sante - gdyby nie to, że nie ulegnę, w ogóle byś się mną nie interesował. Może przez jedną noc, jak każdą laską padającą Ci do stóp, jakbyś był nie wiadomo, jakim bóstwem. Nie będę grać na takich zasadach, bo raz, że nim nie jesteś - wzdrygnęła się, jakby na samą myśl o idiotkach, które mogłyby sobie wyobrazić Benjamina w takiej postaci - a dwa - sądzę, że nie pomieściłabym się w Twoim domu. Twoje ego zajmuje zbyt wielką powierzchnię.
"Na wojnie i w miłości nie ma logiki."
Tak, ale czyja to wojna i czyja miłość? Zmrużyła oczy, lustrując go przenikliwie oczyma, w których z rozdrażnienia tańczyła istna burza piaskowa.
- Ale Ty nie jesteś dzieckiem, Sante. Nie bawisz się głupim patykiem, tylko drugim człowiekiem. Denerwujesz mnie tylko - przyznała, po raz tysięczny odkąd tylko zawarli tę bezsensowną znajomość. Mógł nie przychodzić tamtego dnia. Albo to ona mogła iść na jakieś chorobowe. Właściwie, pamiętała, że mdliło ją wtedy w godzinach pracy. Choć może to po prostu widok Alistaira sprawił, że miała ochotę zwrócić obiad, dwa śniadania, a przy okazji parę słynnych francuskich budowli. - Oddaj mi te torby. Dalej pójdę sama.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 01:39

Nawet gdy się wściekała, było w niej coś magnetycznie pociągającego. Płonęła wewnątrz od kumulowanej złości, każdego jego słowo było kroplą benzyny dolewanej do ognia. Ten widok również był mu drogi, choć częściowo przykry - głównie ze względu, że to właśnie na niego się wściekała. Nie potrafił w pełni zachwycić się jej destrukcyjnym pięknem ze świadomością, że sam jest podmiotem, na którym wszystkie negatywne emocje się skupiają i najchętniej powaliłby go na ziemię.
Łatwo akceptował to, że się na niego złościła. O wiele cięższa w strawieniu była pogardą, którą nieodmiennie go darzyła. Nie wymagał, aby go lubiła czy podziwiała - liczył z kolei na szacunek, zwykły i okazywany każdemu. Nie pojmował, czemu w jej oczach potrafi znaczyć tyle, co nic, że nie jest wart nawet splunięcia.
Co takiego zrobił?
Okazywał jej sympatię, względy, adorował - a choćby i wbrew jej woli! Czasami zasłaniał się kpiną, aby nie sposób było określić, jaki faktyczny ma do niej stosunek. Niemniej nie sądził, aby było to odpowiednie powody, za to żywił przekonanie, że jest coś jeszcze, czego póki co nie zdołał wprawnym okiem wychwycić.
- Och, pomyliłem się, znasz mnie perfekcyjnie - zakpił i prychnął głośno. Mógł być... sobą, mógł być Benjaminem Sante, lecz nigdy nie traktował kobiet przedmiotowo. Cóż, nie w takim stopniu, jak to nakreśliła. - Interesuję się tobą, bo nucisz pod nosem Liebeslied, tandetne komedie ze zwierzętami i wolisz róże niebieskie od czerwonych. To nie ma niczego wspólnego z odmową czy niechęcią. - Wzruszył ramionami, jakby od niechcenia. - Nie martw się, ego ma dla siebie specjalny pokój. - Pozwolił sobie w tym miejscu na lekki uśmiech. Żart, to był przecież żart, nawet jeśli wątpił, aby został poprawnie odebrany.
Patrzył jej w oczy, na szalejący pożar, wściekły huragan. Piaskowa burza, która pochłonęła go doszczętnie. Choćby chciał, nie potrafiłby oderwać od niej spojrzenia, nie odmówiłby sobie.
- Każdy jest dzieckiem i ma swój wymyślony karabin, tylko nie opowiada o tym innym, bo nie zrozumieją. Albo po prostu wolimy, żeby świat nie wiedział, w co się dokładnie bawimy i jak. - Denerwował ją? Nie, żeby to było coś nowego. Nie usłyszał o tym również po raz pierwszy w swoim życiu, Sher zwykłą rzucać tym stwierdzeniem czasem kilkakrotnie w czasie pojedynczego spotkania, więc nie widział powodu, aby przejąć się tym przesadnie.
Natomiast następne słowa zmroziły go wewnątrz. Zwolnił delikatnie tempo marszu i przez może dwie sekundy przyglądał się jej z niezrozumieniem, nim wbił spojrzenie przed siebie. Wiecznie czający się gdzieś w kącikach jego ust uśmiech zniknął, błyszczące szelmowskim błyskiem oczy przygasły.
- Przykro mi, że jestem zmuszony, by ci odmówić - powiedział tylko, nawet na nią nie patrząc. Sposępniał w duchu, nie chciał, by to zobaczyła - mogłaby to nazbyt trafnie zinterpretować. Wróciło miarowy rytm kroków, choć serce pędziło naprzód. - Nie musisz ze mną rozmawiać, skoro drażni cię to i sprawia przykrość. Niemniej zobowiązałem się do pomocy.
Zobowiązał się. Dokładnie. Chciał jej pomóc i już teraz musiał to zrobić. Mogli iść w dalszym milczeniu, w zasadzie gdyby zechciała, byłby w stanie iść kilka metrów za nią.
Jaki musiał być żałosny w tamtej chwili.
Byleby tylko pozwoliła mu na tę drobną rzecz, gest niewiele znaczący. Mogła nim pomiatać, mogła go obrażać na dowolny sposób, mogła w zasadzie wszystko - a on i tak przyjąłby wszystko bez prób obrony. Uśmiechnąłby się gorzko, przeprosił za kłopot i odszedł na chwilę, by w ciemności wylizać rany. I wrócić, czekać na jej skinienie. Gdyby zadzwoniła do niego o dowolnej porze z prośbą o pomoc, rzuciłby wszystko, co aktualnie by robił, wszystko przestałoby się liczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 12:24

Starała się ukryć majaczący na jej ustach uśmiech. Sheridan nie była przygotowana na taką kolej rzeczy. Wiedziała, że jego odpowiedź będzie co najmniej nieodpowiednia, ale odwrócenie kota ogonem tak, by obrócić to wszystko w żart, było tym, czego nie mogłaby się domyślić. Nawet, jeśli tak na dobrą sprawę był to najbardziej oczywisty z wyników jej akcji. Nie zmienił jednak jej nastawienia. Wciąż była zirytowana. Podminowana. Wściekła.
- Nie wiedziałbyś o mnie niczego, gdybyś się najpierw nie zainteresował. A to wyniknęło z tej odmowy. Więc owszem - ma, i to dużo - odparła w zrezygnowaniu. - Zresztą, nadal nic nie wiesz. Co Ci po wiedzy o tym, co lubię, skoro nie masz pojęcia o moich uczuciach?
"Każdy jest dzieckiem i ma swój wymyślony karabin, tylko nie opowiada o tym innym, bo nie zrozumieją."
Kto by pomyślał, że od czasu do czasu potrafił powiedzieć coś inteligentnego? Ente z kolei westchnienie opuściło jej usta.
- Więc co jest Twoim karabinem? Albo inaczej - czym jest Twój patyk? - zapowiadała się długa enumeracja pełna wyrzutów w jego kierunku. Tak, jakby to było coś nowego. Chyba przy nikim aż tak nie strzępiła sobie języka, jak przy nim - paradoksalnie do jej niechęci podejmowania z nim rozmów. - Chodzeniem za mną krok w krok? Męczeniem mojej osoby? Obsesyjnym wyłapywaniem każdej informacji z nadzieją, że zaimponujesz mi rozległą wiedzą na mój temat? Udawaniem, że możesz mieć wszystko i nie odpuścisz? Też chciałabym wielu rzeczy i wmawiać sobie, że to tylko kwestia czasu, zanim to, czego pragnę, samo wpadnie mi w ręce. Ale wiesz, Alistair? Życie takie nie jest. Nie można. Nie można mieć wszystkiego.
Kroczyła dalej, nawet nie zwróciwszy uwagi na tempo, jakie przybrał po usłyszeniu jej nakazu. Spodziewała się zaskoczenia, niedowierzania, kompletnego braku zrozumienia z jego strony. Nie reagował na tak proste polecenie tylko dlatego, że było ono równoznaczne z tysięcznym z rzędu odepchnięciem, którego nie potrafił przyjąć do wiadomości. I miał rację. Wcale nie musiała z nim rozmawiać. Właśnie dlatego nawet nie miała ochoty mu odpowiadać. Skoro tak bardzo chciał iść razem z nią, wyręczając ją w takiej drobnostce - nie mogła mu zabronić. Wolny kraj. Równie dobrze mogła traktować go, jak powietrze. Przecież właśnie takie nastawienie było najodpowiedniejszym. Ugoda, kompromis, danie mu możliwości przebywania przy niej choć chwilę. Nic jej to nie szkodziło. Dwie-trzy minuty drogi, podczas których mógłby pooddychać tym samym powietrzem, co ona. Po części gardziła jego osobą, chciała kazać mu spływać. Z drugiej strony jednak nie miała już na to siły. Zatopiła się natomiast we własnych myślach, ponownie pozwalając losowej melodii wkraść się pomiędzy jej wargi. Beztrosko nucone Sicilienne und Rigaudon, zupełnie jakby Sante wcale nie szedł tuż obok, zostało jednak bezlitośnie przerwane.
Przystanęła.
- Dlaczego? - wypaliła nagle, ponownie odwracając twarz w jego kierunku. Tak, jakby kiedykolwiek rozumiała poczynania ciemnowłosego. Zawsze był dla niej pieprzoną zagadką, której nie dało się rozwiązać. Uśmiechnęła się słabo, chcąc ocieplić sytuację, gdy wolną dłonią ujęła jego podbródek i zwróciła go w swoją stronę. Bez wcześniejszej agresji, bez podenerwowania. Kobieta nie jest zmienna. Nie skacze ze stanowiska na stanowisko, jak tylko sobie wymarzy.
Kiedy nie działała jedna metoda, stosuje drugą.
- Dlaczego tak usilnie się starasz, Alistair? Jaki masz w tym cel? - zabrała rękę z jego twarzy, pokwapiwszy się nawet, by przesunąć palcem po policzku Benjamina. Zaczyna się. Subtelne, łudzące gesty. Spokojny, ciepły ton opiekuńczej matki. Spojrzenie skrywające rozgrzany troską piasek, porównywalny z płynnym złotem. - Przez ostatnie lata tylko nadziewasz się na pręty, które sam wbiłeś w ziemię. Krzywdzisz sam siebie, jak ostatni masochista, bo nie chcesz iść na tak prostą ugodę. Co ja mam z Tobą zrobić?
Czyżby to był etap litości i rezygnacji, panienko Paige?
Zamknij się. To pieprzona bezradność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 19:52

- Niemniej to nie była odmowa. Nigdy po spojrzeniu na kompletnie obcą osobę nie miałaś przeczucia, że to ktoś nad wyraz wyjątkowy? - Dawniej nie wierzył w takie rzeczy, kiwał z politowaniem głową i mógł jedynie ubolewać nad umysłową biedą rzeczonego człowieka. Nie sądził, aby wystarczyło jedno spotkanie, by ktoś nagle stanął w centrum zainteresowania i tym samym zepchnął resztę świata do nieważkiej roli. Cóż, przynajmniej nie zobaczył tamtego dnia Sher. Lekkość wewnątrz, nagłe zakłopotanie i niemożność wyduszenia z siebie składnego i sensownego zdania. Wpędziła w zakłopotanie Benjamina Alistaira Sante, do tamtej pory nikt nie mógł szczycić się podobnym osiągnięciem. - Nie robiłem tego celowo, mam po prostu dobrą pamięć - stwierdził, choć nie odpowiedział na kluczowe pytanie. Puścił je mimo uszu, jakby nigdy w rzeczywistości nie padło.
Czym był jego patyk?
Uśmiechnął się miękko samymi kącikami ust i rzucił jej krótkie spojrzenie spod długich, ciemnych rzęs.
- Nie. Chcę po prostu zgody z samym sobą, spokoju ducha, harmonii myśli - rzucił powoli, lecz tonem pewnym, zadziwiająco opanowanym. - Wiem, że nie można mieć wszystkiego i kluczem jest pogodzenie się ze świadomością, że świat nie rzuca ci się do stóp i ci tego nie podaruje. - Przerwał na chwilę i zmrużył oczy. - Poza tym... nie mam wszystkiego. Nadal do szczęścia brakuje pewnej whisky, wyprodukowali jedynie trzy butelki, a żaden z trójki posiadaczy nie chce się rozstać ze swoją - parsknął i potrząsnął głową. To również miał być żartobliwy akcent wrzucony pomiędzy karty tematu poważniejszego.
Mógł kupić każdą rzecz, której wartość dało się oszacować w banknotach, lecz... co z tego? Żaden przedmiot nie potrafił zabić przytłaczającego poczucia izolacji od świata, pustki w sobie. Bo kochany i śliczny Benjamin był samotny w swoim bogactwie. Otoczony iluzją szczęśliwego życia, otoczony ludźmi, którzy cenili właśnie jego status społeczny i majątek, a nie jego samego - jako osobę. Nie sądził, aby wśród nich wszystkich znalazła się choć jedna osoba, którą z powodzeniem mógłby nazwać przyjacielem, był - paradoksalnie - sam, choć otaczali go ludzie ze wszystkich stron.
Tylko skąd Sheridan miałaby o tym wiedzieć?
Milczeli. Nie przeszkadzał mu spacer w ciszy, był równie dobry, co i ten zapełniony rozmową. Nie liczyły się słowa, lecz sama obecność, możliwość przebywania tak blisko niej. Słuchał po prostu nuconej przez nią melodii pogrążony we własnych myślach, dopóki nie przystanęła i nie zadała tego pytania.
Dlaczego?
Właśnie, dlaczego, Sante?
Również się zatrzymał - lecz o krok przed nią, gdyż za późno się zorientował - i odwrócił w jej stronę. zawahał się przed odpowiedzią, gdy porcelanowymi palcami ujęła jego brodę. Serce zadrżało wewnątrz, choć twarz pozostała niewzruszona.
- Dlaczego zwracasz się do mnie drugim imieniem? - zapytał zamiast tego, próbując gorączkowo zbudować w myślach poprawną odpowiedź na zadane przez nią pytania. Co miał jej niby powiedzieć? Że ją kocha? Że, tak na dobrą sprawę, nie potrafi po prostu sobie odejść i o niej zapomnieć, że bezustannie od ostatnich kilku lat stara się przestać, lecz nie wychodzi? Że, gdyby tylko mógł, tu i teraz wziąłby ją w ramiona? Że zrobiłby dla niej wszystko - prócz jednej, jedynej rzeczy, o którą wiecznie prosiła?
Nigdy w życiu.
- I czemu pytasz, słońce, skoro to nie ma dla ciebie znaczenia? - rzucił zamiast tego, tonem słodko nonszalanckim, przepełnionym rozbawionym zdumieniem. Palec, którym przesunęła po policzku zostawił po sobie gorący ślad, który wnikał głębiej, kreśląc nowy bolesny szlak wewnątrz komórek. Nie znosił, gdy tak po prostu go dotykała. Nienawidził tego z pasją szaleńca, bo każdy jeden tak pozornie niewiele znaczący dotyk zostawiał gorzki w ustach niedosyt, chęć błagania o kolejny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 21:29

Paige zamilkła w okamgnieniu, gdy zadał to, na pozór tak niewinne, pytanie. Zamiast odpowiedzieć, wydukała coś niezrozumiałego, nieświadomie pokrywając się kolejnym dzisiejszego dnia pąsem. Przecież to oczywiste, że nigdy nie przeżyła takiej sytuacji. No jasne. W ogóle. Wcale. Kto w ogóle wymyślił takie brednie-... ekhm.
Skoro wiesz, że tak jest, to czemu się z tym nie pogodzisz?
I nie. Ten żart jej się nie spodobał. Zamiast tego skrzywiła się z niesmakiem, nawet nie mając zamiaru tego komentować. Być może nawet źle go zinterpretowała, biorąc te słowa trochę za bardzo do siebie, ostatecznie zacierając delikatnie granicę, wedle której miało to być po prostu wetknięcie w rozmowę czegoś, co rozładuje nieco napięcie. Tym razem poważne podejście do sytuacji wzięło górę, a ganiące spojrzenie dawało jasno do zrozumienia, co na ten temat myśli Kenneth.
- Wiesz, co? Skoro ponoć możesz kupić wszystko, to zainwestuj w mózg i pozytywne cechy charakteru. Może akurat znajdzie się coś w sklepie dla buców - zmierzyła go nieprzychylnym spojrzeniem. Może i nie był to szczyt jej możliwości w zakresie inteligentnego ubliżania, ale kto by się w ogóle porywał z czymś na poziomie, kiedy miał przed sobą-... jego.
Przyłożyła dłoń do skroni, kiedy zadał jej to - tak bardzo bezsensowne - pytanie. Skoro pytała, to raczej wyraźnie zaznaczała, że interesuje ją powód, dla którego wszystko toczy się takim, a nie innym torem. Co on próbował ukryć, bawiąc się w pytania? Bał się przyznać prawdy nawet przed samym sobą? Przymrużyła subtelnie powieki, gdy z cichym świstem wypuściła powietrze ustami. Tłumaczenie wszystkiemu, jak dziecku czas zacząć.
- A skąd wiesz, że nie ma? Gdybyś mi powiedział, to - kto wie? - może podchodziłabym do Ciebie trochę inaczej? Nie dlatego, że byłoby mi Cię szkoda. Nie dlatego, że wzbudziłbyś we mnie obrzydzenie. Zrobiłabym to, bo mogłabym Cię zrozumieć. Poznać. Tak, jak chcesz - wyartykułowała, wbijając wzrok w ziemię. Zaraz jednak ponownie spojrzała wprost w piwne oczy mężczyzny, tym razem z łagodnego, przeradzając swoje spojrzenie w obraz rezygnacji. A mówili, że to Christian Grey miał pięćdziesiąt oblicz. - Choć chyba zmieniłeś zdanie - wzruszyła barkami. Jego problem, prawda? Jeśli nawet nie dawał się jej zrozumieć, ona nie mogła go do tego zmusić.
- Twoje drugie imię jest o wiele ładniejsze od pierwszego. "Benjamin" brzmi, jak godność starego grubasa.
Odchrząknęła, przysłaniając usta, niebezpiecznie pragnące rozciągnąć się w uśmiechu. Wizja szatyna jako właśnie takiego faceta z przypadłością otyłości klinicznej była co najmniej zabawna. Proszę jej nie oceniać. Ostatecznie ruszyła w dalszą drogę.
Już tak niedaleko. Na szczęście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 22:28

Umilkła. Czyli wiedziała, że takie bzdury rzeczywiście mają miejsce, jej reakcja była potwierdzeniem, nie mogła się z nim nie zgodzić - to z jednej strony napawało miękkim kocem otuchy. Z drugiej strony - wściekła igła wbiła się gładko prosto z klatkę piersiową, aż do samego serca, gdy dotarła do nań świadomość, że to nie on jest podmiotem, który rzeczone uczucie spowodował.
Spokojnie, Sante. Nie pierwszy raz i nie ostatni zraniła cię tak nieświadomie.
I nie odebrała żartu w ten sposób, który powinna, co Benjamin skwitował westchnięciem. Jeszcze to spojrzenie, które mu posłała!
- Nie mieli mojego rozmiaru, już próbowałem - odparł bezbarwnie na tę zaczepkę. Zauważył, że im bardziej nie próbuje się odgryzać, tym rzadziej rzeczone padają. Uznał to za niezłą taktykę, by nie musieć wysłuchiwać podobnych ubliżań odnośnie jego inteligencji - czy raczej jej braku.
Przekrzywił głowę, przyglądając się jej wzrokiem raczej wypranym z większych emocji. Zrozumiałaby? Podchodziłaby inaczej? I to niby nie z litości? Wątpił. Naprawdę był przekonany, że to nie wyglądałoby w ten sposób. Sher mogła zaprzeczać, lecz była dobrą osobą, naprawdę dobrą i kochaną, gotową pomóc każdemu. Zrobiłoby jej się żal beznadziejnie zakochanego w niej głupca, próbowałaby odtrącać go jak najdelikatniej i patrzyłaby na niego ze smutkiem, że nie może niczego zrobić.
Westchnął i spojrzał gdzieś w bok, jakby zrezygnowany.
- To wszystko z miłości, słońce - oznajmił cicho, głosem przesyconym rezygnacją. Zwiesił przy tym głowę, by po kilku długich sekundach podnieść ją. Na jego bladej, przystojnej twarzy zagościł szelmowski uśmiech, w oczach pojawiły się rozbawione błyski. - Do wzbudzania w tobie idiotycznego poczucia winy. Jesteś zabawna, nie znosisz mnie, a przejmujesz się podobnymi rzeczami. Bawisz się w Matkę Teresę? - parsknął pogardliwie i się wyprostował, nie ściągając tej cholernej maski sukinsyna, który tak doskonale bawi się jej kosztem.
Starego... grubasa? Parsknął krótkim śmiechem. Szczerym, nieudawanym śmiechem, którego nawet nie próbował zamaskować teatralnym napadem kaszlu. Pokręcił głową.
- Mogłem nazywać się Eugene, więc nie narzekam, zwłaszcza że i tak mało kto nazywa mnie po imieniu.
Naprawdę Benjamin kojarzył się jej z osobą otyłą? Poważnie? Nawet gdy poznała już jego? Wysokiego, smukłego i przystojnego Benjamina Sante?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 23:25

Kiwnęła głową ze zrozumieniem w reakcji na jego odpowiedź. No tak. Czego innego miałaby się po nim spodziewać? Tego, że faktycznie weźmie sobie to do serca na tyle, żeby nagle wprowadzić wielkie zmiany do swojego charakteru? W pewnym stopniu miała świadomość swojej wpływowości, kiedy cokolwiek tyczyło się piwnookiego, jednakże nawet ona miała swoje granice. Nie mogła liczyć, że po usłyszeniu jednej, prostej aluzji, nagle zajdą gwałtowne i gruntowne przebudowy, Sante.exe przestanie działać na czas aktualizacji, a po ponownym uruchomieniu wszystko będzie sielanką. Był niereformowalny.
Może i "cierpiała" na syndrom miłosiernej Samarytanki, jednakże nie wpływało to w żaden sposób na to, jak traktowała Brytyjczyka. Z pewną świadomością mogłaby zachować ostrożność w swoich poczynaniach. Nie popełniać gwałtownych ruchów, nie stawiać wielkich kroków, nie robić mu nadziei. Postaw sprawę jasno, a ona ustosunkuje się tak, by przekazać wszystko w najodpowiedniejszy do tego sposób. Nie byłoby tu mowy o litości. O tym, jak to jej go nie szkoda. Życie kopało każdego, przynajmniej pod tym względem, a naturalną reakcją Sheridan na takie miłostki było załatwienie wszystkiego w subtelny sposób. Bez krzty żalu.
Zresztą, kogo to obchodziło w momencie, w którym sam przyznał, że jej podejrzenia się sprawdziły? Niemniej, była zaskoczona. W pierwszej sekundzie po prostu rozchyliła usta, przypominając raczej rybę wyciągniętą na powierzchnię, aniżeli młodą kobietę.
- S-Sante, co Ty wygad-...
...ujesz?
Zawiesiła wzrok na jego oczach. Na tych iskierkach, które tańczyły, zgrabnymi ruchami rozświetlając jego twarz wraz z obrzydliwym grymasem zadowolonego z siebie skurwiela. Przygryzła wargę na sekundę. Dwie. W trzeciej poczuła już ból, gdy mocniej zacisnęła na niej zęby, ostatecznie rozluźniając się, kiedy to w jej tęczówkach zjawił się błysk perfidnego rozbawienia. Skoro chciał pobyć gówniarzem, to nie zamierzała ustępować mu w rankingach.
Przecież tak bardzo chciał, żeby grała według jego zasad.
To nie trwało długo. Prędki zamach i równie szybkie zetknięcie się otwartej dłoni z policzkiem młodzieńca. Równie dobrze mogła zwinąć ją w pięść i wycelować w żuchwę. Może to by go czegoś nauczyło. Jednak elegancja i efektywność wygrały ze skutecznością. Rozdrażniona kobieta wręcz miała obowiązek wyprowadzenia policzka w kierunku obiektu ją irytującego. I co z tego, że po tym uśmiechu i układzie brwi nie było nawet widać irytacji? Płonące wściekłością oczy były tym, na czym Sante powinien był się teraz skupić. Słodki grymasik samozadowolenia stał gdzieś na drugim miejscu, podkreślając tylko krótki przekaz, jaki miała zaraz wyśpiewać tak wielbionym przez niego głosem.
- Nie pozwalaj sobie - żachnęła się, poklepawszy po macoszemu dopiero uderzone miejsce. - A Eugene to bardzo ładne imię.
Niczym Delacroix. Wielki artysta. Pewnie właśnie dlatego w końcu został Benjaminem. Jedynym obrazem, jaki potrafił namalować Sante, była iluzja dziecka idealnego, w dodatku ukazana w krzywym zwierciadle. Idąc tym tropem, powinien nosić imię Pablo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Sro 17 Lut 2016, 23:40

Jej reakcja na pierwszą część powiedziała mu wszystko - naprawdę nie wiedziała. Naprawdę żyła w błogiej nieświadomości, musiała sądzić, że to wszystko jest dla niego jedynie głupią rozrywką, czymś, dzięki czemu zabijał swój wolny czas. Może tak było lepiej?
Niemniej szok widoczny na jej słodkiej jego oczom twarzy był wart zapamiętania - zwłaszcza że nie planował wypowiadać podobnych słów podobnie. Nie zamierzał sobie tego robić, nie chciał słyszeć, że jest jej bardzo przykro, ale nie podziela jego uczuć i zapewne nigdy nie będzie w stanie. Raz wystarczył. To i tak było zbyt dużo.
Wściekły huragan w jej oczach spętał go dosadnie, nie potrafił się ruszyć - pewnie nawet by nie próbował, ani, tym bardziej, nie chciał. Uwielbiał, gdy w tych jasnych oczach żarzyły się emocje, nawet jeśli były tak niszcząco negatywne.
Uderzyła go. Wiedział, że to zrobi, coś mu podpowiadało, że właśnie w ten sposób się to skończy. Cóż. Nie przeliczył się. Jasna dłoń spotkała się z lekko zarumienionym od mrozu policzkiem z artystycznym plaskiem. Sante miał dość przyzwoitości, aby samemu przyłożyć dłoń do uderzonego miejsca. Nie bolało przesadnie, ale odczuł to potężnie.
Nadal jednak uśmiechał się lekceważąco, jakby tego drobnego aktu przemocy nie było.
- Będę. Bo swego losu jestem panem i kapitanem duszy swojej - rzucił, odrobinę zmieniając słowa Henleya. Mógł. Zamierzam. Prowokować ją, drażnić, tak długo, dopóty będzie starczało mu sił psychicznych na przebywanie tak blisko niej bez panicznego rzucania się jej do stóp i błagania o akceptację. - Nie mnie oceniać, nie wybierałem go. Ale Eugene też bym nie wybrał.
Odwrócił się i zarzucił podane mu przez Sher torby na ramię.
- Idziemy? Pewnie już masz mnie dosyć. - Odwrócił się przez ramię, nadal z uśmiechem.
Zapewne tak było, już wystarczająco długo dziś działał jej na nerwy. Co nie zmieniało tego, że z wielką przyjemnością zajmowałby jej czas nadal. Przez godziny, dni, miesiące. Lata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 00:39

Domyślała się czegoś z lekka innego. I tyle. Nie była przekonana w stu procentach, ale miała czelność twierdzić we własnych myślach, że cokolwiek dla niego znaczy i być może mu się podoba. Miłość? Tak szczerze, nawet nie była w stanie uwierzyć, że Sante dałby radę poczuć coś takiego. Że mógłby spoglądać na drugą osobę z co najmniej takim samym uwielbieniem, jak zdawał się obserwować samego siebie. To nie było możliwe. Pomimo tego, że dawał jej jasne znaki, iż była kimś, jak sam to określił, "wyjątkowym" - nie umiała uwierzyć. Nie była zdolna do takiego łamania sobie wyobraźni.
Chciał powtórki. Miała ochotę nawet go o to zapytać, jednakże w porę zorientowała się, ze przecież właśnie tego chciał - zmęczyć ją jeszcze bardziej, dobić tego pięknego dnia, który zapowiadał się wspaniale, a przez ostatnie minuty zdążył zostać kompletnie zniszczonym. Zrujnowanym. I to za sprawą jednego, nic nieznaczącego jegomościa, spadającego niczym z nieba. Opuściła dłoń, którą już nieco uniosła, jakby szykując się do ponownego wymierzenia ciosu w rumiany policzek, by zaraz przysłonić nią usta, z których wyrwało się ziewnięcie. Najwyraźniej wycieńczenie, które niósł ze sobą ten brązowowłosy huragan, sięgało nie tylko sfery psychicznej, ale i tą fizyczną. Miała poćwiczyć, coś porobić. Naprawdę - cokolwiek. Zamiast tego zapowiadało się, że skończy się na drzemce. Już teraz czuła, jak niebezpiecznie ciężkie stają się jej powieki. Jeszcze chwila i po prostu położy się na chodniku, zwinie w kłębek i uda, że właśnie tak to powinno wyglądać. Kto wie? Może pomylą ją ze zbiegłym z zoo lwem?
...to niemożliwe.
- Mhm - zaledwie mruknęła w odpowiedzi, krocząc przed siebie, kompletnie bez spoglądania w jego kierunku. Choć w tej jednej sprawie miał całkowitą rację - miała go dość. Dość oglądania jego twarzy, słuchania jego głosu, tolerowania jakichkolwiek zachowań. Znowu robił jej kompletnie na przekór, nie chciał współpracować-... zastanawiała się, ile razy będzie musiała mu jeszcze tłumaczyć, że w ten sposób pogarsza swoją sytuację. Sprawiał, że z dnia na dzień czuła do niego coraz większą niechęć. Westchnęła ciężko, spoglądając na całkiem widoczny już płot dzielący ulicę od jej posesji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 00:58

Uwielbienie równe tego, którym darzył samego siebie? Dobre sobie. Sheridan górowała w jego prywatnej piramidzie ważnych spraw. Była ponad... wszystko. Gdyby nie to, czy pozwalałby jej na takie beztroskie pomiatanie sobą? Czy godziłby się na to, by łaskawie pozwalała mu przynajmniej odprowadzić się do domu i nieść torby z zakupami?
Wątpliwe.
Gdyby nie była dość ważną jednostką w jego życiu, zwyczajnie by ją zignorował i poszedł dalej, nie zatrzymywałby się. Na pewno nie wyskakiwałby z limuzyny na sam jej widok, mimo że wracał zmęczony do domu i w zasadzie marzył jedynie o gorącej kąpieli o szklance dobrego whisky, by tym samym zakończyć dzień. Ale nie mógł. Bo zobaczył Paige na chodniku i nie miał już innego wyboru - musiał za nią pobiec, niczym wierny piesek, choć wcale go nie wołała.
Dalej szli już w ciszy, Sante wcale jej nie przerywał, tylko zerkał czasami w jej kierunku, napawał się jej widokiem tak blisko. Cóż, nic nie trwa wiecznie jednak, zaraz dotarli do celu.
Niestety.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 01:08

- No. To chyba się żegnamy, co? - rzuciła z niemałą satysfakcją, wyciągając w jego kierunku dłoń. Uściśnie ją, odda cenne torby, a potem tak po prostu zniknie na kolejne dni, dzięki czemu Sheridan odzyska trochę spokoju. Nawet, jeśli później znów pojawi się równie niespodziewanie, co nieregularna miesiączka, jakoś to przeżyje. Może nawet uda jej się go szybciej i skuteczniej spławić? Nowy dzień to nowa nadzieja. Oczekiwała tak, pogrążona we własnych myślach, opierając się plecami o bramkę, będąc gotową otworzyć ją i przekroczyć granicę pomiędzy światem zewnętrznym, a swoim małym kątem, kiedy tylko pożegnanie dobiegnie końca. - Mogę już dostać moje zakupy?
Gdzieś w pobliżu rozgległo się całkiem znajome szczekanie. Dwa radosne sygnały zwiastowały zbliżającą się kupę futra, z wielkim zapałem pędzącą ku wejściu na posesję, by tylko przywitać dziewczynę, która jakimś cudem nie skupiała całej swojej uwagi na psim przyjacielu. Zastanawianie się nad tym, czy Sante popłakałby się, gdyby ponownie dostał w twarz, było zbyt zajmujące.
Opamiętaj się, Paige.
- A, i tego. Dzięki. Doceniam, że zechciałeś mi pomóc, serio. To-... pa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 01:22

- Owszem - przytaknął i powstrzymał się przed dorzuceniem zbolałego "niestety". Nie sądził, aby to było na miejscu. Nie w sytuacji, gdy naprawdę go nie znosiła.
Lecz nie oddał jej zakupów. Spojrzał tylko na wyciągnięta kończynę i wydobył z kieszeni lewą ręką, aby przełożyć do niej zakupy. Prawą sięgnął po jej dłoń i delikatnie, niemalże z nabożną czcią, ujął jej palce, by już w następnej chwili pochylić się i ledwo musnąć wargami skórę. Pocałunek w dłoń na pożegnanie. Jak klasycznie. Nie miał wielkiego wyboru w tej kwestii. Wyprostował się i pozwolił jej się uwolnić. Zero protestu.
Dopiero teraz podał jej zakupy.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Do widzenia, Sheridan. - Pochylił jeszcze głowę na znak pożegnania. Tak. Jeszcze sobie tutaj postoi i popatrzy, jak po raz kolejny odchodzi, nie obdarzając go nawet jednym, zbłąkanym spojrzeniem. Będzie śledził jej ruchy tęsknym wzrokiem, dopóki nie zniknie za drzwiami. A później będzie dziwił się sam sobie, że potrafił tak idiotycznie zakochać się w kimkolwiek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sheridan

Atrapasueños


avatar
Liczba postów : 16

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 01:40

Miał zimne dłonie.
Odkrycie roku, ale w porównaniu z wiecznym ciepłem, jakim emanowała, Sante był lodowaty. Marznął? To chyba było dość normalne o tej porze roku. Zimno, śnieg, lodowaty wiatr, mróz szczypiący policzki-... może i Paige nie odczuwała tego aż tak drastycznie, ale to nie zwalniało jej z obowiązku zrozumienia faktu, iż jest jedyną bądź jedną z niewielu tak przeżywających obecne warunki.
Niemniej, nim cokolwiek zrobiła z tym faktem, spojrzała na Alistaira spod przymrużonych powiek. Tym razem dała radę okiełznać zawstydzenie, zupełnie jakby spodziewała się, że postąpi właśnie w taki sposób. Nie mijało się to z prawdą. Wiedziała o tym. Niczym nowym nie był dla niej słodki, elegancki, staroświecki Sante. Tymi drobnymi gestami przysłaniał subtelnie wizerunek, jaki wypracował sobie w jej oczach przez ostatnie lata - dawał jej iskierki nadziei, które gasły równie szybko, co wydobywały się spomiędzy pocieranych o siebie badyli.
"Do widzenia, Sheridan."
Jasnowłosa uśmiechnęła się gorzko. Wrażenie, iż zamiast "do widzenia", do jej uszu dotarły słowa "czekaj, aż wrócę", wwierciło się w jej mózg z wielkim impetem. Ale nie zamierzała czekać. Zamiast tego zacisnęła palce na przejętych od niego zakupach.
- Wiesz, Sante-... - zaczęła z cicha, nawet nie spoglądając w jego stronę. - Jesteś lodowaty. Może chcesz się ogrzać w środku, przy herbacie?
Nie. Błagam, nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cynamon

Zdrajca


avatar
Liczba postów : 70

PisanieTemat: Re: Ulica   Czw 18 Lut 2016, 01:47

Może chcesz się ogrzać w środku, przy herbacie?
Osłupienie, w które wprawiła go tymi z pozoru prostymi słowami, musiało być widoczne gołym okiem. Przez chwilę. Odkaszlnął, zasłaniając usta lewą dłonią, bym samym ukryć śladowe skrępowanie czymś tak bezpośrednim. No cóż.
- Nie proponuj mi czegoś, na co nie masz ochoty - stwierdził jedynie. Bo nie miała. Oczywiście, że nie miała ochoty na jego towarzystwo i, bez względu na to, jak bardzo pluł sobie w twarz, nie mógł się zgodzić. Nie chciał przyprawiać jej dnia dodatkową dawką niezadowolenia.
A przecież poszedłby z przyjemnością. Pewnie, że tak! Za nią poszedłby do samego Piekła. Ale jakie to niby miało znaczenie, gdyby nie życzyła sobie tego?
- Miłego wieczoru - rzucił lekko, z uśmiechem, nim odwrócił się, wciskając ręce do kieszeni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Ulica   

Powrót do góry Go down
 

Ulica

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Ulica
» Ulica przy barze
» Ulica
» Ulica Dwudziesta

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Phantasmagoria :: Organizacja forumowa :: Dzielnice Centrum-